Dzień 4






Wyjątkowo dzisiejsza pobudka przebiegła dwuetapowo: normalnie o 6.00, ale koniec końców udało mi się usnąć ponownie i obudzić się po 2,5 godzinach. W pierwszy dzień pracy miałem stawić się o 16.30, czyli w końcu będę mógł zagospodarować mój czas w domu na spokojnie. Wiedziałem tez, ze Vicky (amerykański odpowiednik Wiesławy) ma dzisiaj wolny dzien. Wszedłem do kuchni, gdzie dało się odczuć prawdziwa temperaturę jaka grzała za oknem (30 stopni) i dostałem pozwolenie (które to już  z kolei?) na użycie dowolnej rzeczy z lodówki. Pierwsze amerykańskie śniadanie zrobione przeze mnie? Jajka na bekonie i słodki, amerykański chleb (tak, wszystkie chleby w Stanach smakują jak drożdżówka).

Po dłuższej rozmowie przy stole o porównaniu Polski i USA, możliwych miejscach pracy, historii Korsakow zdecydowaliśmy się pojechać na zakupy. Już  przed oczami miałem te ogromne butle z mlekiem lub sokiem i wydaną fortunę na wszystkie potrzebne rzeczy. Jednego byłem świadomy na pewno: nie mogę przeliczać żadnych cen na złotówki, bo mijałoby się to z celem. Zajechaliśmy do Aldiego, podobno odpowiednika polskiej Biedronki, w którym nie wiedziałem na co patrzeć. Oczywiście, pierwsze co witało klienta to słodycze i chipsy (tak, Amerykanie potrafią być niesamowicie otyli). Moj doradca podpowiadał mi które produkty kupić, a które lepiej odłożyć. Byłem świadomy, ze w grę nie wchodzą żadne proszkowe i sztuczne artykuły - w lodowce stoi jedynie organiczna żywność. Może dobrze, nie przytyje iście po amerykańsku. Nie będę opisywał co kupiłem, ale na wszystko potrzebowałem jednego kartonu i dwóch toreb. Cena: $49. Jedno jest pewne: żywność w Stanach (albo tylko w Aldim) nie jest droga.

Zajechaliśmy do domu, porozmawialiśmy jeszcze trochę i kolejny raz ze-wszystkim-pomagająca p. Wiesia stwierdziła, ze skoro w pracy mogę mieć tylko czarne spodnie, a mam tylko takie z długą nogawka to pojedziemy do jej sklepu, w którym ma zniżki i kupię sobie odpowiednie spodenki. Cóż, podróż nie przebiegła po naszej myśli ze względu na wszechobecne korki. Musieliśmy wrócić do domu, gdzie nie miałem nawet czasu przygotować sobie obiadu, nie mówiąc nawet o poczekaniu na zagrzanie pizzy. Jedynie resztki wczorajszego obiadu uratowały mój żołądek. Czas wyjść z domu.
Burza. Dałem sobie wyjątkowo godzinę na dojazd, ale autobus zamiast przyjechać o 15.30 przyjechał o 15.45. 5 minut później? Pierwszy korek. Z nikłego doświadczenia wiem, ze na dojazd potrzebne jest przynajmniej 30 minut. Nie wiedziałem jeszcze jak działa to w przypadku godzin szczytu. Na szczęście do Downtown udało mi się dotrzeć o 16.15, wiec nie było tak źle. Teraz dopiero czekało mnie najciekawsze. Bądź wpuszczonym do budynku mogącego pomieścić 40 000 widzów i pewnie z 5000 pracowników i licz na to, ze będziesz wiedział gdzie iść i co zrobić. Jedyne co na mnie czekało to kolejka ok. 200 jednakowo ubranych ludzi (pracowników) do odległego miejsca. Ja swojego uniformu jeszcze nie miałem. Tak samo nie zostawiłem jeszcze swojego odcisku palca, żeby moc rejestrować się do pracy na czas. Stałem w kolejce przed 3 czarnymi, lekko nadpobudliwymi ludźmi a grupą Azjatów. Zebrałem wiec w sobie trochę odwagi i odezwałem się do najmilej wyglądającej osoby w pobliżu - starszej pani Mary. Świetnie nam się rozmawiało przez te 30 minut czekania w nieznane: okazało się nawet ze pracowała przez 20 lat w CHI, czyli organizacji która sprowadziła mnie do Stanów (!). Przytrzymała mi kolejkę, żebym mógł poszukać miejsca do odebrania mojego uniformu, pokierowała mnie tez co nie co jak wygląda praca w Target Field. Po wejściu do szatni rozeszliśmy się w swoje drogi i nie spotkali tego dnia ponownie.

Czas do pracy, jedyne co wiedziałem to ze dostałem numer 305 i tam się mam udać - masa przydatnych i wyjaśniająca wszystko informacji. Numer 305 okazał się boxem z nachosami i taco, w którym zostałem przydzielony jako runner, czyli osoba podająca wszystko co tylko może. Prawdopodobnie nie była to wymagająca praca, ale nie pogardziłbym jakimkolwiek wyjaśnieniem lub wskazówka. Cieszyłem się przynajmniej, ze nie musze stać na kasie i zgadywać co zamawiają moi klienci: grande nachos/regular nachos/helmet grande nachos lub veggie bowl/beef tacos/... Cieszyłem się do czasu kiedy nie zrobiła się większa kolejka i ot tak musiałem wejść na kasę. Bez niczego. Nie znając menu. Nie znając obsługi kasy. Nie będąc zapoznanym z możliwymi promocjami. Tak, zdecydowanie jedno z gorzej zorganizowanych stanowisk pracy. Po 30 minutach nie wytrzymałem i poprosiłem o zmianę. Co najciekawsze w tym wszystkim jest to, że do nauki potrzeba czasu, a po jednym dniu już mniej więcej byłem zapoznany z ofertą. Może nie na tyle, żeby wyjaśniać klientom składniki, ale byłem na dobrej drodze. Do nauki potrzeba czasu, a podobno stanowiska są super niestałe. To, że dzisiaj przydzielili mnie do budki 305 nie oznacza, że jutro tam trafię. Jutro mogę iść do budki 211 z lodami, 267 z kiełbasą lub 120 z pamiątkami. A pojutrze jeszcze gdzie indziej. I wszystko od nowa…

Z pracy wyszedłem o 22:40, do mieszkania wszedłem godzinę później. Jutro o 10.00 czeka mnie kolejna dawka przygód. Tylko nocny widok Minneapolis podtrzymywał mnie na duchu. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień 6

Dzień 2

Dzień 50 - 56